Blog,  Zwykłe-Niezwykłe

Cisza jako lekarstwo.

Cisza ma w sobie coś, czego nie potrafię nazwać inaczej niż prawdą. Zawsze, gdy świat zaczyna robić się za szybki, zbyt głośny i za bardzo wymagający, to właśnie cisza woła mnie pierwsza. Nie krzykiem, ale delikatnym gestem — trochę jak dotyk dłoni na ramieniu, który mówi: „Zatrzymaj się. Wystarczy.”

Od lat uczę się jej na nowo. Czasem mi ją zabiera codzienność, czasem sama od niej uciekam, bo przecież łatwiej coś zagłuszyć, niż się temu przyjrzeć. A jednak kiedy już wracam do ciszy, za każdym razem przypominam sobie, kim jestem, kiedy nic mnie nie rozprasza.

Cisza to przestrzeń, która nas odsłania.

W ciszy nie da się udawać. To może być trudne, bo nagle słyszymy nie tylko własny oddech, ale też to wszystko, co schowane głęboko: przemilczane emocje, zmęczenie, dawne pytania, które wciąż czekają na odpowiedź.

I właśnie dlatego cisza jest lekarstwem.
Pozwala zobaczyć to, czego nie chcieliśmy wcześniej zauważyć.

Kiedy zabieramy bodźce, zostaje to, co prawdziwe.

Zauważyłam, że każdy ma swoją własną reakcję na ciszę. I każda z nich coś o nas opowiada:

  • Jeśli w ciszy czuję spokój, to znak, że moje emocje są ułożone, a ciało może wreszcie odpocząć.
  • Jeśli szybko staję się niespokojna, to sygnał, że odkładam coś zbyt długo — może myśl, może decyzję, może uczucie.
  • Jeśli cisza mnie nudzi, to najpewniej zapomniałam ostatnio zwolnić i mój mózg domaga się nieustannej stymulacji.
  • Jeśli w ciszy pojawia się kreatywność, to wiem, że wracam do naturalnego rytmu.

Cisza nie ocenia. Cisza pokazuje.

Cisza to jak dotyk światła

Myślę że cisza jest trochę jak poranny promień słońca — niby niepozorny, a jednak potrafi zmienić cały dzień. Wystarczy kilka minut bez dźwięków, by ciało zaczęło oddychać inaczej: spokojniej, pełniej, swobodniej.

W ciszy moje myśli układają się na swoje miejsca, napięcie w barkach zaczyna opadać,oddech wraca do naturalnego rytmu i serce bije w swoim tempie, nie w tempie bodźców.

Tyle i aż tyle.

Cisza uczy mnie najbardziej:

Że nie muszę być cały czas „podłączona”.
Że mogę odłożyć telefon, wyłączyć powiadomienia, zrobić przestrzeń.
Że świat nie runie, jeśli na chwilę zniknę z hałasu.

Cisza uczy mnie też odwagi — bo trzeba być odważnym, żeby posłuchać samego siebie naprawdę.

Uczy cierpliwości — bo spokój nie przychodzi od razu, czasem musi chwilę posiedzieć obok.

Uczy obecności — bo dopiero w ciszy słyszę ptaka za oknem, szum liści, własne serce.

Od pewnego czasu zaczęłam zapraszać ciszę do swojego życia.

Nie są to wielkie rytuały. Raczej drobne, codzienne gesty:

  • kilka minut poranka bez telefonu, tylko z herbatą,
  • spacer bez słuchawek, żeby usłyszeć świat,
  • siedzenie przy oknie i obserwacja, jak zmienia się niebo,
  • chwila przerwy między obowiązkami, w której nie robię nic.

Te małe cisze składają się na duży spokój.

Nie wierzę w to, że można żyć bez bólu, bez wątpliwości, bez chwil, które łamią serce.

Ale wierzę w ciszę.

W to, że w tej delikatnej, cichej przestrzeni moje wnętrze potrafi wrócić do równowagi.
Że potrafię zobaczyć siebie bez presji.
Że potrafię się zatrzymać i powiedzieć:
„To ja. Cała. Wrażliwa, zmęczona, czasem zagubiona — ale prawdziwa.”

I chyba właśnie dlatego cisza jest dla mnie lekarstwem.
Bo ona nie udaje, że świat jest idealny.
Ona uczy mnie, jak być prawdziwa w świecie, który za często domaga się perfekcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Szepczące momenty. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie oraz wykorzystywanie treści bez pisemnej zgody autora jest zabronione.
Zapoznaj się z Polityką Prywatności.

Ashe Motyw przez WP Royal.